niedziela, 11 lutego 2018

Od Nitzana CD Michaela

- Bardzo ci dziękuję, ale... Czy ty się dobrze czujesz? - spytałem zatroskany. Misiek pokiwał energicznie głową.
- Poczek. Znajdę ci kropelkę wód- to znaczy kleju... - zatoczył się i otworzył drzwiczki... lodówki. Zamrugałem parę razy i delikatnie położyłem biednego Miśkubka na najbliżej półce. Podszedłem powoli do Michaela i położyłem mu lewą dłoń na czole, zaś prawą przybliżyłem do swojego.
- Misiek, ty masz gorączkę. - młodzieniec spojrzał na mnie i uniósł brwi jakby chciał powiedzieć "Co ty nie powiesz?" Westchnąłem. Wtedy usłyszałem pewien hałas. Było to donośne, niezadowolone miauczenie. Obejrzałem się za siebie, by ujrzeć bardzo puchatą kotkę skarżącą się na swój los. Kucnąłem przy niej i wyszeptałem spokojnie:
- Dzieńdobry śliczności. Czy obraziłabyś się gdybym poprosił cię o chwileczkę ciszy? Obawiam się, że twojego właściciela bardzo boli głowa. - kocica spojrzała na mnie zaciekawiona. Dziwne uczucie, czułem się jakbym był oceniany przez jakąś szlachciankę. Zacmokałem cicho i uśmiechnąłem się. W końcu księżna machnęła ogonem i oddaliła się. Wtedy ja wstałem i spojrzałem na Miśka. Miał lekko zaskoczoną minę. Uśmiechnąłem się i złapałem jego dłoń. Zaprowadziłem go na najbliższe krzesło i powiedziałem:
- Za sekundkę wracam. - wyszedłem na korytarz i otworzyłem drzwi do mojego pokoju. Wyjąłem odpowiednie rzeczy i szybko wróciłem do pokoju Michaela. Siedział tam dalej, lekko mamrocząc pod nosem. Wyciągnąłem tabletki przeciwbólowe i podałem mu je razem z szklanką wody. Przyjął je i powiedział:
- Jezzzz, tak bardzo ci dziękuję. - połknął je szybko i oddał mi pustą szklankę. Odłożyłem ją obok i spytałem:
- Które to twoje łóżko? - Misiek wskazał na to bardziej oddalone. Zaprowadziłem do do niego i przykryłem go kołdrą.
- Poczekaj kilka minut, dobrze? - uśmiechnąłem się i podszedłem do mikrofalówki. Wsadziłem do środka małą miseczkę z rosołem, czyli resztki mojej kolacji i włączyłem. Przez ten cały czas chłopak przyglądał mi się cicho. W końcu otworzyłem drzwiczki i podałem mu parujący napój. Przysunąłem sobie krzesło i powiedziałem:
- Pij do dna. Pomaga na ból głowy, na gorączkę... Rosół jest świetny. - wyszczerzyłem zęby i patrzyłem na spożywającego chłopaka.
- Dziękuję. I w ogóle wybacz za kłopot, miałem wczoraj naprawdę intensywny wieczór.... - wymamrotał i spróbował się uśmiechnąć. Zachichotałem i odpowiedziałem:
- To żaden kłopot. Jak znajdziesz mi kropelkę będziemy kwita. - zapadła cisza. Trwała sobie ona przez pewien moment, aż w końcu Misiek spytał
- Jak tu wbiegłeś to wyglądałeś na przerażonego. Jakim cudem się tak szybko uspokoiłeś?
- Ja? Hmmm... W sumie to nie wiem. Po prostu wydawało mi się, że ty jesteś w większej potrzebie.
- Ach tak... - kiwnął głową i odłożył pustą miseczkę. Po raz kolejny słychać było tylko ciszę.
- A więc... - zacząłem, rozglądając się po pokoju - Mieszkasz z Cześkiem?
<Misiek? Wybacz za opóźnienie i jakość, tak jakoś nie wiedziałam co napisać t~t>

sobota, 10 lutego 2018

Od Ursuli CD Finney'a

Przyznaję, że obawiałam się tego projektu. Bałam się, że w parze będę mieć osobę gadatliwą i irytującą.
Możliwe, że zostałabym zmuszona do powtórki ze podstawówki, znów chwycić krzesło i zrobić swoje.
Jednakże zostałam pozytywnie zaskoczona. Finney okazał się być w miarę dobrym współpracownikiem. Nie gadał. Był cicho. Tak właściwie to nie wymieniliśmy między sobą ani jednego słowa. Komunikowaliśmy się jedynie po przez gesty i o dziwo rozumieliśmy się.
Im częściej spoglądałam na zbiór tych wszystkich liter, tym bardziej robiłam się senna. Jednakże chciałam jak najszybciej wrócić do siebie. Mimo, iż Finney nic nie mówił, wciąż tutaj był. Siedział obok, kręcąc się na krześle i sobie oddychał, ewentualnie patrzył na mnie. Czego miałabym się doczepić?
No właśnie niczego. Jednakże nie chciałam go tutaj. Mam bardzo często momenty kiedy chcę być zupełnie sama, zamknięta w czterech ścianach, słuchając przy tym muzyki lub czytając książkę.
Lubię mieć w tych momentach pewność, że nikogo przy mnie nie ma. Chcę mieć po prostu czas tylko i wyłącznie dla siebie. Jak by na świecie byłam tylko ja i nikt inny.
Kiedy nie mam możliwości odcięcia się od ludzi zaczynam być wściekła na każdego. Irytuje mnie praktycznie każdy, nawet osoby, do których poczułam nutkę sympatii.
Finney miał pecha. Miałam ochotę po prostu zamknąć się w pokoju i być sama z sobą.
W głębi duszy było mi go jednak żal. No tak. Nie narzucał się, po prostu grzecznie siedział i chciał ze mną współpracować. Ja tutaj miałam problem. Wyrzutów sumienia z tego powodu nie miałam. Co mam zrobić, że mam taki charakter i potrzeby? Bywa.
Spakowałam się szybko. Dałam mu zadanie do wykonania i to tyle. Czego chcieć więcej?
No właśnie koleżka Finney czegoś chciał.
Doprawdy byłam zaskoczona, że podjął jakąś skromną próbę aby ze mną się zapoznać. To było…dziwne, jednakże ciekawe. Nie pamiętam właściwie kiedy ktoś ostatnio zaproponował mi zapoznanie się. Co prawda z początku byłam na nie, jeżeli o to chodzi. Po prostu kierowałam się chęcią wrócenia do siebie i zamknięcia się przed całym światem.
Ursula…ale czemu właściwie? Co prawda masz potrzebę samotności ale przecież jedzenie!
Bo jak dłużej się tak zastanowić to gdybym wróciła, zrobiłabym się głodna i musiałabym jakoś kombinować…a tak to mam okazję coś zjeść. Męczenie się jeszcze chwilę nie brzmi raczej mądrze. Na dodatek kłócę się sama ze sobą. Jednak tylko zjem, powiem co mam powiedzieć, podziękuję i wyjdę stąd szybciej niż chciałam wcześniej. Można? Można. Nie wiedzę przeszkód.
Westchnęłam głośno i przewróciłam oczyma:
- W porządku…- powiedziałam cicho i zerknęłam na chłopaka, tak na moment. Wydawało mi się, że się delikatnie uśmiecha.
A miałam być wredna i chłodna…Bywa? Bywa.
- W takim razie…eh…- spojrzałam w bok, nie chcąc nawiązywać zbyt długiego kontaktu wzrokowego – pogadajmy…

Klub Miłośników Sztuki - Przewodniczący


Gdyby Immi była ludzką kobietą, z całą pewnością zostałaby najlepszą żoną. Ba, w naszej rodzinnej wsi w Niemczech miała całe stado kocich kawalerów, którzy kochali miauczeć pod naszym domem w środku nocy pieśni pochwalne na cześć wspaniałej Imaginie von Isenburg-Limburg. Cóż, zupełnie im się nie dziwiłem, ale z pewnością nie byli powodem do szczęścia, gdy chcieliśmy się porządnie wyspać, szczególnie przyjezdni - ja zasypiałem zazwyczaj ze słuchawkami i muzyką, Mariś miała kamienny sen, dziadzio był przygłuchy, wujek zasypiał zazwyczaj przy włączonym telewizorze, a mama kładła się późno i tak zmęczona, że nie obudziłaby jej syrena strażacka, można więc powiedzieć, że w jakiś sposób byliśmy uodpornieni. Ale gdy przykładowo na weekend zawitała do nas ciotka Helga, spędziła siedem bezsennych nocy, z czego parę na odpędzaniu śpiewających amantów miotłą.
"W każdym razie, Immi troszczyła się o nas zawsze na swój wspaniały, koci sposób - nawet w sobotę pilnowała, byśmy mogli podziwiać przepiękny wschód słońca. Cóż, większość tego poranka właściwie spędziłem, usiłując powstrzymać Cześka od rzucenia się na kotkę i uduszenia jej.
To zupełnie bez znaczenia, że jest przed szóstą, powtarzałem. Nie, to już nie blady świt. To nic, że wczoraj mieliśmy męczący dzień, sami z własnej woli poszliśmy do tego klubu, masz nauczkę, rudzielcu. Przepraszam, wiem, chciałeś się wyspać. Tak, mieliśmy ciężki tydzień. Tak, w sobotę się śpi. Nie, Immi po prostu o nas dba, żebyśmy nie spali za długo. Nie, nie chodzi po prostu o żarcie dla niej. O właśnie, jedzenie dla naszej księżniczki! Nie, brat, nie możesz jej wywalić przez okno. Tak, kupię ci colę. Tak, postawię ci kebaba. Nie, nie z Immi. Przecież nawet byś go nie zjadł! Nie, sama satysfakcja nie wystarczy. Przynajmniej możesz podziwiać wschód słońca. Tak, to bez znaczenia, że dzisiaj jest plucha. Chmury też są ładne. Nie, zabieraj te łapy! Wiesz,chodźmy może na śniadanie. Nie, Immi zostaje. O, dokładnie tak, bardzo ładnie."
Cóż, tak mniej więcej można streścić mój poranek. Cud, że nic nie wyleciało w powietrze.
Kiedy już wracaliśmy ze stołówki, wstąpiliśmy od razu na halę, ale akurat zdecydowana część była zajęta przez jakąś grupę taneczną, której nie kojarzyłem. Może wynajęli po prostu salę?
W kieszeni spodni poczułem znajome wibracje. Wyjąłem telefon i szybko odblokowałem ekran, skąd uśmiechała się do mnie Mariś trzymająca w objęciach Immi. Wiadomość od Lindsey, naszej przewodniczącej. O spotkaniu klubu, dość pilnym, jakoś po południu - zapytała, czy okolice szesnastej nam pasują.
- Dzisiaj żadnej pilnej roboty nie mamy, co? - zapytałem Cześka, marszcząc brwi. - O której kończymy w lodziarni?
- Piętnasta, a co? - odparł, wciąż chyba nieco naburmuszony.
- Okey, to dzięki - szybko napisałem, że mi jak najbardziej pasuje.
- Randka? - wyszczerzył zęby na pełną szerokość, szturchając mnie łokciem pod żebra.
- Lind napisała - pomachałem mu przed nosem telefonem - jakieś sprawy z klubem. Może jakiś większy konkurs, jeśli już pisze.
- Od ogłoszeń chyba macie te tablice, nie?
- Ano, przewodnicząca woli taką formę, nikomu to nie przeszkadza. Skoro śle SMSy, to raczej dość pilna sprawa.
- Mmm - pokiwał głową po chwili namysłu - to gnaj na tę grupową randkę, sam zostanę w razie co.
- Możemy zabrać Immi, dotrzyma ci towarzystwa.
- Prędzej piekło zamarznie - fuknął.
- I tak wiem, że chcesz - odparłem, wzruszając lekko ramionami. - No ale dobra, to co, zbieramy się powoli? Zaraz chyba zaczynamy.
- Taa, tylko wezmę jeszcze rzeczy.
- Yup, to raz-dwa-trzy zahaczamy o pokój.
- Dobrze ci radzę, żeby ta kocica trzymała się daleko.
- Spoko, pewnie śpi sobie na twoim łóżku i czeka na swego księcia.
Czesiek wymamrotał pod nosem parę swoich czeskich przekleństw, ale razem szybkim krokiem skierowaliśmy się w stronę 207,5 - Immi akurat wyglądała sobie przez okno. Złapałem słuchawki i lekką kurtkę - na zewnątrz było już na plusie, a śnieg dawno stopniał, ku memu sporemu rozczarowaniu. W Niemczech podobno sporo napadało, dostałem nawet zdjęcie Mariś i bałwanka, którego ulepiła.
- Ruchy, bo się spóźnimy! - pośpieszałem co chwila Cześka.
- Teraz i tak tam prawie ludzi nie ma - przypomniał mi - nie ma pośpiechu.
Przewróciłem oczami.
- Punktualność jest obowiązkiem maluczkich i przywilejem królów, co?
- Dokładnie! - potaknął żywo.
- To ruszaj cztery litery, bo zaraz ci sam pomogę wyjść.
*
- Uff, koniec - wyszedłem na zewnątrz, biorąc łyk ożywczego, zimnego powietrza.
- Mówiłem, ludzi prawie nie było.
- Dlatego nas puściła sporo wcześniej. Środek zimy - wzruszyłem ramionami. - Tu poza lodami jest mało co, i tak dziw, że cały rok mają otwarte. Tak to głównie kawiarnie i tego typu rzeczy.
- W lato za to nie idzie usiąść na sekundę - jęknął, a ja zaraz po nim.
- Sami się do roboty zgłosiliśmy...
- W ogóle, o której masz w końcu to spotkanie?
- Ustalili wreszcie na 15, więc trochę czasu mam - sprawdziłem szybko telefon. - To jak, chcesz jeszcze gdzieś wyskoczyć?
- Na kebsa - wyszczerzył się szeroko.
Westchnąłem, kręcąc głową.
- No tak, czego innego bym się mógł spodziewać.
- Ty stawiasz - przypomniał mi wesoło.
- Weźmiesz jakiś mega zestaw, nie?
- Giganta - potaknął żywo.
- O niebiosa... - potarłem czoło. - Dobra, chodźmy prędko, dobrze, że mam jakieś rabaty.
- Możesz mi kupić jeszcze więcej zatem!
- O na pewno - prychnąłem. - Też chcę coś zjeść.
*
Dokładnie dwie minuty przed piętnastą otworzyłem drzwi do pokoju Klubu Miłośników Sztuki - nieco wytarte, z paroma małymi śladami zaschniętej, żółtej i zielonej farby - od wewnątrz było jednak znacznie gorzej,chociaż staraliśmy się dbać w miarę o czystość, chociaż wiadomo - gdy w grę wchodzą kubki, farby, pędzle i nasza gromada, działy się różne rzeczy, chociaż było parę tak zwanych "świętych stref", gdzie panował zawsze wręcz sterylny porządek - chociażby pianino, choć mało kto umiał grać. Przyznaję, że zupełnie inaczej się jednak malowało, gdy ktoś obok brzdękał jakieś melodie - szczególnie, gdy robił to naprawdę dobrze. Ja sam umiałem raczej same podstawy, nieco poduczyła mnie też Lind, ona sama celowała jednak bardziej w skrzypce - od czasu do czasu, gdy było nas mniej, coś zagrała, szczególnie w letnie wieczory.
- Heko, Misiek! - Nitz pomachał do mnie.
- Siema, ferajna - zasalutowałem wszystkim i usiadłem obok Any.
- Wiadomo, o co chodzi?
- Nie, Lindsey jeszcze nie ma - zmarszczyła leciutko brwi.
- Cóż, zaraz się dowiemy. Co słychać tak ogółem? Jak ci poszedł sprawdzian z matmy?
- Średnio rozumiałam ten dział - przyznała z lekkim wahaniem. - Ale wszystkiego się dowiemy niedługo, prawda? Nie ma co się denerwować na zapas!
- Dokładnie - potaknąłem, skubiąc frędzle na kocyku leżącym na oparciu swojego krzesła. Ana miała w sobie ten typ niewymuszonego uroku, od którego człowiekowi wręcz topniało serce, zupełnie jak z Mariś. Może taka cecha młodszych siostrzyczek? - A jak tam u Oliviera?
- Trzyma się, trochę zalatany ostatnio - westchnęła. - Ale obiecał odwiedzić mnie za niedługo.
- O, no widzisz - uśmiechnąłem się.
Akurat w tym momencie weszła też Lind - nieco zasapana, z lekko zarumienionymi policzkami.
- Witam wszystkich, przepraszam wszystkich za spóźnienie - zaczęła szybko, zajmując jedno z wolnych miejsc. - I że to wszystko tak pilnie, ale... dość nagle wynikło parę sytuacji, które nieco zmienią nasze... eee, działanie? - zawiesiła się i wyraźnie poplątała, szukając odpowiedniego sformułowania.
- Spokojnie, spokojnie, szanowna pani - uniosłem rękę. - Głęboki wdech, liczymy do trzech. O co chodzi?
- Tak... - zagryzła wargi. Znakomicie sprawdzała się w swojej roli przewodniczącej klubu i robiła wszystko dla nas, ale była równocześnie nieśmiała i wiedzieliśmy doskonale, jak wielkim wyzwaniem było dla niej przemawianie do tak dużej grupy. - Postanowiłam zrezygnować z roli przewodniczącej klubu.
Równie dobrze mogłaby odpalić obok armatę. Jeden przez drugiego po chwili konsternacji zaczęli zadawać pytania, w tym i ja. Dlaczego? Czemu tak nagle? O co chodzi?
- Dobra, ferajna - podniosłem lekko głos, by uciszyć wszystkich. - Dajmy dojść Lind do głosu, co?
- Um... cóż, przez kilka niespodziewanych sytuacji, obowiązków i nauki musiałam podjąć taką decyzję - wzięła głęboki oddech. - Moglibyśmy wybrać od razu nowego przewodniczącego?
- Naprawdę nie możesz zostać? - Nitzan wychylił się ze swojego krzesła.
- W klubie dalej będę, rzecz jasna, pomagała z całych sił, jednak naprawdę muszę zrezygnować...
- Cóż, no to zróbmy to sprawnie - westchnął Anthony. - Niech się ktoś po prostu zgłosi.
- Przy-przygotowałam już karteczki - stwierdziła Lind, wstając i każdemu z nas wręczając po skrawku papieru. - Napiszcie na nim imię osoby, którą proponujecie na to stanowisko.
Stuknąłem w zamyśleniu długopisem o podbródek, postanawiając w końcu zagłosować na Anę - z której strony by na to nie spojrzeć, była świetną kandydatką.
Przeliczanie poszło szybko - Lind po pogrupowaniu nazwisk uśmiechnęła się lekko.
- Michael Walter Rosenthal - odczytała.
Zamrugałem.
- Obecny - palnąłem.
- Gratulacje - uśmiechnęła się delikatnie. - I życzę powodzenia!
- Hmm, dziękuję - uśmiechnąłem się z zakłopotaniem. - Ale będziesz mi pomagać, nie?
- Na ile będę mogła - potaknęła, poprawiając okulary.
- No to ulga - zrobiłem głęboki wydech. - No cóż, ferajno, postanowiliście męczyć się z takim przewodniczącym, to zmienimy nieco zasady z kotami, co?
- Przeczuwam rolę Immi jako pierwszej damy - Ana spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem.
- No toć ba, księżna nasza w końcu - potaknąłem. - I... cóż no, dziękuję wszystkim, postaram się, by choć w połowie dorównać Lind.
- Pamiętaj o terminach, a będzie wszystko dobrze.
- No, z tym może być różnie - potarłem dłonią kark. - Ale najwyżej mnie palniecie sztalugą.
- Trochę jej szkoda - skrzywił się ktoś.
- A mojej głowy to już nikomu - westchnąłem. - Ładnie mnie tu traktujecie!
- Przy okazji, ostatnio było coś z warsztatami malarstwa olejnego. Są już zapisy?
- Trzeba będzie się zorientować - pokiwałem głową. - Lind, wiesz coś?
- W poniedziałek w gabinecie pana Odella powinna być już do odebrania lista.
- No to pięknie - wyszczerzyłem się. - A, no i pamiętajcie, trzeba będzie zrobić imprezkę!
- Przewodniczący stawia?
- Po cukierku wam mogę kupić, jak grzeczni będziecie, pyśki - przewróciłem oczami. - Tak na dobry start!

< No i koniec, dziękuję bardzo~ >

środa, 7 lutego 2018

Od Alexandra CD Miki

Patrzyłem na niego w lekkim szoku. On? Popychadłem? Co? W tym momencie naprawdę zapragnąłem umieć okazywać uczucia. Po chwili zauważyłem, jak łzy spływają mu po twarzy. Wstałem i nieco niezdarnie przytuliłem go do siebie. Wtulił się mocno jak dziecko i przez chwilę łkał w moje ramię. Ścisnąłem go nieco mocniej, gładząc powoli po plecach.
- Już dobrze - szepnąłem. Lekko ująłem jego podbródek i kciukiem otarłem jego policzki. - Nie płacz. Nie jesteś słaby. Jesteś bardzo silny, bo sam przestałeś. I dałeś sobie radę. A teraz już nie będziesz musiał - zauważyłem i lekko się uśmiechnąłem, patrząc w jego mokre oczy. - No już - ścisnąłem ramiona chłopka. - Nie płacz, proszę. Jesteś silny, wesoły i radosny. I pieczesz zajebiste babki - puściłem mu oczko. Naprawdę zrobiło mi się go żal. Po chwili potaknął lekko, ocierając poliki.
- Prze...
- Nie przepraszaj - poprosiłem i chwyciłem kartkę, po czym zapisałem na niej mój numer. - W razie czego po prostu zadzwoń - poprosiłem. Wziąłem jego bluzę i naciągnąłem na niego. Wyglądał jak kupka nieszczęścia. Westchnąłem, zrezygnowany. - Ten hiszpański ssie. Idę wyciągnąć te twoje babeczki a ty przygotuj film - poprosiłem, przytuliłem go lekko znowu i ruszyłem do kuchni. Minutnik zadzwonił idealnie w momencie, gdy otwierałem drzwi. Wyciągnąłem jagodowe babeczki, aż mi całe okulary zaparowałem. Zdjąłem je z siebie i przetarłem dwoma ruchami. Po chwili zauważyłem,że Miki mnie obserwuje. - Tak? - uniosłem jedną brew. - Wybrałeś film? W takim stanie nie możesz pracować - znowu się do niego uśmiechnąłem. Potaknął jedynie i wrócił na sofę, dalej lekko przybity. Popatrzyłem za nim z troską. Przygotowałem cały talerz ciastek, babeczek oraz dwie butelki picia. Zaniosłem wszystko przed telewizor, po czym usiadłem obok Miki i owinąłem go w kocyk niczym małe burrito. Otarłem znowu jego poliki.
- Co wybrałeś? - spytałem.
- Filadelfię... - odpowiedział powoli. Spiąłem się jedynie, chociaż we wnętrzu jęknąłem głośno. Zawsze na tym płaczę. Zawsze.
- Eeee... Ok. Puszczaj - rzuciłem i zacząłem jeść ciastka. Po godzinie poczułem jak moje oczy zrobiły się mokre.
- Ty... Czy ty płaczesz? - Miki spojrzał na mnie z zaskoczeniem.
- Nieprawda! - zawołałem, tuląc do siebie poduszkę. - Mam alergię - burknąłem niczym urażony pięciolatek i wtuliłem twarz w mięciutki materiał. Po chwili podciągnąłem mocno nosem. - Może troszeczkę... To jest wzruszające - zauważyłem, zatrzymując film. Ogarnij się Alex. "Prawdziwi mężczyźni nie płaczą". Słowa ojcem odbiły mi się w głowie echem, niemal tak, jak jego siarczysty policzek. Wstałem gwałtownie, odkładając poduszkę. Mika zastygł w nagłym geście. Chciał dotknąć mojego ramienia, ale się zerwałem. - Przepraszam... Nie chciałem - lekko ścisnąłem jego dłoń. - Późno już... Pójdę. Przepraszam - gadałem bez sensu. wyszedłem szybko, ocierając poliki. Wpadłem w lekką panikę na myśl o siostrze. Jej pogrzebie. Mimo pięknego poranka, pod wieczór zaczął padać deszcz. Było zbyt ciepło na śnieg. Gdy spadł na mnie zimny deszcz, przyjąłem go z ulgą. Stałem tak przez kilka minut, nie czując nic. Dopiero po chwili zorientowałem się, że ktoś mnie ciągnie. Otworzyłem powoli oczy, by zobaczyć Mikiego, który lekko ciągnął mnie w stronę mieszkania.
- Przeziębisz się - powiedziałem tylko. Nie zabrałem dłoni z jego uścisku. Nie miałem już siły. Uśmiechnąłem się jedynie smutno.

Miki?

Od Nory CD Czeslava

Muszę szczerze i z wielką przykrością przyznać, że Czesiek był ostatnią osobą, którą chciałam spotkać. Kiedy to tylko po wizycie w szpitalu kilka dni temu wróciłam do domu od razu zakopałam się w pościeli, prawdopodobnie cała czerwona... Znowu. Dlatego od dobrych kilku dni wyjątkowo nie miałam ochoty się z nim widzieć, pisać, a nawet o nim myśleć, zwłaszcza to ostatnie. I mogłam go bez żadnego problemu unikać, ale.. Właśnie, zawsze pojawi się jakieś „ale”. Największym problemem było to, że tylko on siedział mi w głowie. Tylko on. Ze wszystkich ludzi na całej kuli ziemskiej, to właśnie on musiał zaprzątać mi głowę.
– Taak – odpowiedziałam lakonicznie, nieprzerwanie patrząc mu w oczy ze zdziwieniem. – Umm... – zamrugałam szybko – chyba tak – przetarłam oczka, mrucząc w dłoń. – Eee.
Zająknęłam się raz jeszcze, zastanawiając się, czy brać pod uwagę wcześniejsze pytania, zważywszy na to, że było ich kilka. Czesiek na sekundę odwrócił głowę w poszukiwaniu czegoś. Od razu ucichłam, wlepiając spojrzenie w jego oczy, które bacznie mierzyły każdą półkę i butelki. W końcu ja zaczęłam wodzić zielonymi oczkami po różnokolorowym szkle i puszkach, tak jakbym szukała razem z nim.
– Co do chłopaków – ruszyłam się z miejsca, kiedy chłopak przeszedł kilka kroków dalej. Chwila, przecież nie chciałam jego towarzystwa, więc dlaczego za nim latam jak mucha za słodkim..? Nie mówcie mi, że wszystko co się stało w ciągu ostatnich dni znowu nie będzie miało znaczenia… – Ostatnio mieli małą sprzeczkę podczas jedzenia. Ale poza tym jednym zdarzeniem, to nic się wielkiego nie działo.
– Mmm, to się zdarza – mruknął pod nosem.
– Yhyyym.. – podrapałam się po nosie, zerkając w kierunku kasy. – Ogólnie, to siedzą spokojnie, nie wychylają łebków spoza klatki, choć im ją otwieram. Tak jak mówiłeś.
– Przyzwyczają się jeszcze. – Czesiek spojrzał na mnie z uśmiechem i z powrotem wrócił do poszukiwań. I to nie na długo, bo po już po chwili jego oczy rozbłysły, a z ust wydostało się ciche „jest”. W łapkach od razu znalazła się litrowa butelka Jonniego Walkera. – No, to mam wszystko – odwrócił się uśmiechnięty szeroko – a ty?
Spojrzałam szybko w koszyk zawieszony na zgięciu łokcia, by nie dopuścić do skrzyżowania się naszych oczu.
– Tak – mruknęłam cicho.
– No to super – powiedział i ruszyliśmy krok w krok do kasy.
Ściskałam mocno uszka koszyka, wpatrując się przed siebie, pilnując się porządnie, bym nie zerkała na rudzielca. I mówiąc „porządnie”, mam na myśli „beznadziejnie”, bo co chwilę łapałam się na tym, że patrzę się to na jego łokieć, to na buty. Naprawdę muszę się przestać na niego patrzeć. Zwłaszcza, cholera jasna, teraz. Przecież ten chłopak doprowadza mnie do rumieńców nie z tej Ziemii. Wystarczy tylko, że o nim pomyślę, to w środku żołądka zaczynało mnie dziwnie ściskać, a na serduchu zrobiło się przyjemnie ciepło. Gdybym mogła, położyłabym się na ziemi i zwinęła się w kulkę tak malutką, że nikt by mnie nie dostrzegł.
Pociągnęłam nosem, rozkładając zakupy na taśmie zaraz za rzeczami Czecha. Te od razu zaczęły jechać w stronę ekspedientki, co delikatnie mnie wystraszyło. Moje jedzenie mi uciekało..
– Piękny katar – odezwał się chłopak, stając naprzeciwko kasy. Jego ton zabrzmiał całkiem znajomo. Zupełnie tak, jakby się martwił, a to tylko niewielki katar.
Zaśmiałam się nerwowo i założyłam kosmyk włosów za ucho. Pociągnęłam nosem jeszcze raz, tym razem przy okazji szukając jakiś chusteczek, nawet tych zużytych, zwiniętych w kulkę. Szybko przeszukiwałam kieszenie płaszcza, bluzy, spodni i wnętrze listonoszki, jednak na darmo. Ani jednej chusteczki. Spojrzałam więc zrezygnowana na Cześka.
– A dowodzik jest? – spytała go kasjerka z lekkim, życzliwym uśmiechem, choć jej oczy zmierzyły go chłodno.
Chłopak wydał się przez chwilę zaskoczony, jakby wytrącony z rytmu, bądź nie rozumiejący, co się do niego mówi. Szybko jednak pokiwał łebkiem, potwierdzając, że naturalnie jest.

<Czes?>

poniedziałek, 5 lutego 2018

Od Finney'a DO Ursuli

Gimnastyka na krześle wcale nie jest taka zła, wystarczy uważać, żeby przypadkiem zbyt mocno się nie przechylić, a przeżyjemy i w dodatku nieco sobie ulżymy. Już miałem dość tych niewygodnych oparć i ciągłe wyszukiwanie informacji w tekście. Naprawdę, jedna łatwa definicja potrafi być rozciągnięta na kilka stron, bo autorzy książek po prostu kochają utrudniać uczniom życie. Westchnąłem zmęczony i spojrzałem na Ursulę, która pewnie też już miała tego dość. Zawsze wyglądała na znużoną, ale teraz pobiła samą siebie, szczególnie wtedy, kiedy próbowała zakryć dłonią usta podczas ziewania. Nie znam jej za dobrze, ba, prawie w ogóle. Właściwie nie zamieniłem z nią jeszcze słowa, ciągle trwamy w ciszy, udając, że współpracujemy przy tym projekcie na następne zajęcia. Nie, żeby mi to przeszkadzało. Dziewczyna uniosła książkę do góry w taki sposób, że od razu zwróciłem na nią uwagę. Pokazała dwa palce, a następnie gestem ręki dała mi znać, żebym się ruszył po tom, który jest jej teraz potrzebny. Bez zbędnej zwłoki ruszyłem w stronę alejki, gdzie mógłbym znaleźć to, co mnie interesuje i czym prędzej wrócić do koleżanki. Jak na złość, przeszukałem wszystkie półki i nigdzie nie mogłem tego znaleźć. Ktoś nas wyprzedził i wypożyczył sobie do domu czy coś. Zrezygnowany usiadłem znowu przy biurku i zasygnalizowałem Ulce, że musimy tego poszukać gdzie indziej. Pokiwała głową, a następnie przewertowała kilka kartek.
– Przygotuj parę informacji z tego na następne spotkanie.
Nawet nie czekała na żadną reakcję, natychmiast podniosła się i zaczęła pakować własne rzeczy. Nawet nie powiedziała, na, kiedy się umawiamy. Ja wiem, że złapanie siebie na korytarzu w szkole czy w akademiku wcale nie jest takie trudne, ale jednak już sobie to zaplanować od razu, niż żeby później wyszła jakaś nieprzyjemna niespodzianka. W sumie chciałbym jeszcze odrobinę z nią zostać, wypadałoby lepiej poznać swoją koleżankę z klasy, chociaż już z tego miejsca mogę stwierdzić, że moje towarzystwo jest dla niej udręką, mimo że nie odzywam się ani jednym słowem i wcale tak bardzo się nie narzucam. Poprawiłem sweter i zarzuciwszy plecak na ramię, podszedłem do niej i poprosiłem ją o to, aby zjadła ze mną obiad, no jakiś deserek, bo na obiad już było trochę za późno. Od razu widziałem, jak na jej twarz wkrada się grymas zdradzający odrazę do mojej osoby i niechęć do wspólnego spędzania czasu. Nie wiedziałem dokładnie, za czym przepada, a więc przekonanie jej co do rodzaju jedzenia byłoby trudne. Pieniędzmi też za bardzo nie trzaskam, żeby zobowiązać się do tego, aby zapłacić za wszystko. Mam wrażenie, że próbowałaby mnie i mój portfel dobić, gdybym zasygnalizował, że nie musi się martwić o pieniądze... W sumie...
– Może chcesz spróbować moich naleśników?

Ursula?

Nowy Uczeń

Finney Abendroth
Ksywka: Zwykłe Finn wystarczy.
Wiek: 19 lat
Klasa: III A
Theme by Lydia | Land of Grafic